Bardzo Krotkie Opowiadani
a
Aleksandra Eigen
.
MOJA PANI ...
August 2003
.
"Moja Pani" - Irena Jaronczyk, na jednej z wypraw do Ksiazna.
Pewnie w 1957-58 roku.
Nie wszystkie twarze pamietam - ale rozpoznaje: (od lewej) Stasia Mruk, Smosarska, Renia Boguslawska, Renia Fisher, Zosia Godlewska, Bela Szulc,Hanka Silberman, Wiesia ... Ta w srodku - to ja, z kolanami pod broda.
.
Urodzilam sie
w Walbrzychu -
March 2000
.
ULICA OGINSKIEGO
Styczen 2002
Polskie Refleksje
Coffee Room
.
.
Zimowy Usmiech
Dowod Milosci
Spacerkiem po Walbrzychu
.
Wymiary Szczescia ...
Edukacja Muzyczna
Wlasnie
wynajelam mieszkanie na parterze pieknego domu, w sercu Tel-Avivu , tylko pare minut od zawsze zyjacej, najwspanialszej ulicy Disengoff.
Co prawda dzielilam je z inna dziewczyna ale ja mialam duzy pokoj z ogromnym balkonem, ktory mial okiennice. Kiedy zamykalam okiennice, mialam wrazenie, ze wynajmuje dwa pokoje.
Po starannym malowaniu scian w obydwu pokojach, zaczelam wstawiac moje "zdobyczne" meble. Wcisnelam na balkon moje lozko, maly okragly stol, dwa krzesla, lampe, doniczke z tropikalna roslina, dwa obrazki, maly chodniczek
i radio. I mialam teraz prawdziwa sypialnie!
Moje zycie bylo idealne; dobra praca, piekne mieszkanie, ksiazki, muzyka ... Z grupa przyjaciol jezdzilismy rano na rowerach do Jaffy, albo spotykalismy sie na plazy. Odkrylam rowniez, ze przeze mnie gotowane potrawy przestaly mi szkodzic.
Przez pare dni uczylam sie, jak spac na balkonie.
Wkrotce jednak zaczelam naprawde lubic swiezy, chlodny powiew od morza i monotonne dzwieki noc srodziemnomorskich. Odkrylam, ze niektore ptaki spiewaja tylko w nocy i niektore kwiaty kwitna tylko w nocy raz w roku. Cowieczorna krzatanina sasiadow konczyla sie przed polnoca. Szybko tak sie do tych dzwiekow przyzwyczailam, ze przestalam je slyszec.
***
Pewnego lipcowego popoludnia, po powrocie z pracy zaczelam przygotowywac sobie posilek w kuchni, kiedy to moja wspollokatorka Lili zapytala usmiechajac sie bardzo tajemniczo - " Widzialas naszego nowego sasiada? Baaarrrdzo dobrze wygladajacy. Tez jezdzi na rowerze" ...
Nie zaznalam jeszcze tej przyjemnosci, ale nasze balkony dzielila tylko cienka sciana i wiedzialam, ze wczesniej czy pozniej poznamy sie.
Zadowolona ze swojej rzeczywistosci , naprawde malo mnie obchodzilo kto jest moim nowym sasiadem po drugiej stronie sciany.
Lili natomiast,z dnia na dzien udoskanalala swoj szpiegowski talent. Przy drzwiach frontowych znalazlo sie krzeslo z kolorowymi tygodnikami, pilnik do paznokci i nieumyty talerz po jakims posilku. Cala ta strategia w celu trafienia okiem w "judasza" we wlasciwym momencie.
Ten tajemniczy sasiad zaczal mnie intrygowac i denerwowac, bo nie moglam z Lili o niczym inny rozmawiac , tylko o nim ! Kazda proba konczyla sie fiaskiem. Lili zaczela mi sie zwierzac ze swoich seksualnch marzen ...
***
Za sciana nic sie nie dzialo. Jedynym znakiem zycia byla ta slodka muzyka. Skrzypce. Koncert? Nie za glosno ale glosno wystarczajaco zeby mnie nad ranem obudzic. Piekna muzyka - dokladnie przy mojej glowie . Dochodzila zza sciany.
***
Wreszcie sie poddalam ! W piatkowe popoludnie, po pracy upieklam wspaniale ciasteczka, z jablkami i bita smietanka , ostroznie poukladalam je na jedynym duzym szklanym talerzu i powiedzialam do Lili : " Pozbieraj sie - idziemy go poznac ! On jest w domu -- slysze te muzyke ."
Lili jakby sie skurczyla , potem skoczyla do lustra, poslinila dwa wskazujace palce i poprawila swoje brwi, duzym pedzlem popudrowala policzki, wyprezyla sie , popatrzyla na siebie z profilu, wziella gleboki oddech i zachrypnietym szetem wycedzila : "Dobra mysl".
***
I nacisnelam dzwonek. Prawie sparalizowana Lili stala za mna. I nic - cisza.
Sekundy zmienialy sie we wiecznosc. Wreszcie uslyszalysmy kroki. Drzwi sie otworzyly.
Wspaniala dlugowlosa blondynka, owinieta w recznik zapytala czystym angielskim : " Yeeeeees?"
O, Boze!. To nie byl "bardzo dobrze wygladajacy" , to byla dziewczyna! Piekna dziewczyna - nieporownanie ladniejsza od nas. Z cala ta muzyka poza nia. Zaniemowilam ...
" Glupio, glupio, glupio ! Glupia Lili ! Glupia blondyna !! I ja glupia !!!
I wtedy go zobaczylam ...
Lili miala racje. Wygladal jak grecki posag. Sily mnie opuscily i talerz z ciastkami zaczal zmieniac pozycje na niebezpieczna. Ta muzyka z glebi mieszkania -- tak pasowala do niego .
Usmiechajac sie , siegnal po talerz z ciastkami i patrzac mi prosto w oczy, powiedzial : " Czy moge pozyczyc czasami twoj rower dla mojej dziewczyny? Juz dawno chcialem o tym z toba porozmawiac".
Wzniosl swoje najwspanialsze brwi i powiedzial : "Ciasteczka! Ja lubie ciasteczka . Zapach do nas z balkonu doszedl. A teraz je mam ! Dziekuje bardzo."
Nie wiem jak wyszeptalam " Ta muzyka - co to jest?"
Odpowiedzial : " Mendellsohn oczywiscie. Koncert skrzypcowy , nie poznalas , glupiutka ??? "
Trzymajac nasz talerz z naszymi ciastkami w powietrzu, nachylil sie do ucha blondynki i wolna reka zatrzasnal nam drzwi przed nosami.
Stalysmy przed tymi drzwiami jeszcze przez moment.
Wreszcie obrocilam sie do Lili , wznioslam oczy w gore i powiedzialam: " Mendelssohn , glupiutka. "
Sept. 2000
Urodzilam sie w Walbrzychu. ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ Dwa lata po wojnie - nic wlasciwie jeszcze w Polsce nie funkcjonowalo. Byl luty, rok 1947. Snieg dochodzil do pierwszego pietra. Biedna moja Mama wiedziala, ze nie ma mowy o dotarciu do najblizszego szpitala. Ojca ,oczywiscie, nie bylo w domu. Urodzilam sie w malym mieszkanku na Sobiecinie, przy pomocy Mamy siostry i sasiadki. Obydwie nie mialy pojecia co maja robic w tej sytuacji - wiec na odwage podobno wypily butelke samogonki... Za kazdym razem, kiedy mysle o momencie mojego narodzenia - przypominaja mi sie slowa starej , kabaretowej piosenki ... " nie bylo Mamy w domu, nie bylo rodzic komu, wiec ciotka mnie z litosci wydala na ten swiat "... Snieg lezal do konca marca. Dopiero w maju zostalam oficjalnie zameldowana w Ratuszu. Moja prawdziwa data urodzenia - 6 luty, zostala zmianiona na 20 kwietnia 1947. Ze zrozumialych wzgledow, nie protestowalam. Z czasem zaczelam to wydarzenie wykorzystywac w bardzo samolubny sposob i dlatego obchodze urodziny dwa razy w roku. A jak jestem w polskim kolku - to i imieniny tez obchodze!. Smutna strona tego wydarzenia jest fakt, ze Adolf Hitler tez obchodzil urodziny 20 kwietnia.
MOJA SZKOLA ~~~~~~~~~~~~ Tak sie zlozylo, ze od trzeciego roku zycia , az do mojej legalnej dojrzalosci - ciagle bylam zwiazana z tym ogromnym budynkiem, ktorego piekno zaczelam oceniac duzo pozniej. Moi Rodzice w dwojke pracowali w drukarni i po moim urodzeniu , dostali sluzbowe mieszkanie na trzecim pietrze tego samego budynku. Z okien widzialam moja szkole. Zawsze wiedzialam, ze to " Moja " szkola. Marzylam sobie,, ze jak dozyje - (wszyscy zawsze mowili duzo o smierci, Niemcach, Rosji - bardzo balam sie tego wszystkiego...) i zaczne chodzic do tej szkoly - nic mi nigdy nie bedzie grozilo. Powazna role w dotarcia do tej "bezpiecznej strefy" byla butelka z tranem, ktory - lyzeczka po lyzeczce powinnam wypijac przez nastepnych ...nascie lat.. Lykalam to swinstwo , patrzac przez szyby na ten czewony budynek i marzylam o butach na wysokich obcasach, ktore zapewniono mi kupic w momencie, kiedy zakoncze szkole! W tym tez czasie Edek Fiszer, ktory mial wieczne klopoty z obcieaniem nosa , oswiadczyl sie mi w korytarzu przedszkolnym i zaofiarowal mi siedzenie w tej samej lawce, jak tylko zaczniemy chodzic do szkoly. Mielismy po cztery , piec lat. Zycie bylo piekne.
MOJA PANI ~~~~~~~~~ Patrze na to zdjecie mojej szkoly ... Te okna z kwiatkami w skrzyneczkach, to moja " babska" klasa. Tam wlasnie dojrzalysmy legalnie, co potwierdzone zostalo "Swiadectwem Dojrzalosci"! Ha! To wlasnie jest jednym z najwiekszych absurdow zyciowych, bo w rzeczywistosci minelo jeszcze wiele lat zanim zaczelysmy naprawde dojrzewac fizycznie i umyslowo. Pare miesiecy przed matura siedzialam okrakiem w jednych z tych okien - w tym czasie jeszcze bez kwiatkow i strzelalam pestkami wczesnych czeresni do panow w kapeluszach, ktorzy czekali na przystanku autobusowym. Nika byla przy drzwiach a reszta dziewczyn podziwiala moja odwage ! Bylam w osmym niebie. Noga w fidekosowej, brazowej, pomarszczonej ponczosze z podwiazka bez koloru poprostu wisiala na zewnatrz. Przechodnie byli przerazeni i zgorszeni. A ja - wyrazalam swoj bunt przeciwko szkole, dyscyplinie, chemii, rodzinie, polityce i wszystkim tym dziewczynom, ktore w wieku przedmaturalnym mialy buty na obcasach i trwala ondulacje. W tym czasie nastolatki chodzily na "Fajfa" do PeDeTe, tapirowaly wlosy i chowaly tarcze do kieszeni. A ja? Za kazdym razem kiedy widzialam swoje odbicie w lustrze - mialam ochote w nie piescia walnac. To siedzenie okrakiem na oknie - bylo nie tylko wyrazem goryczy powolnego fizycznego dojrzewania ale tez prawdziwej nienawisci do szkoly, glupiego siedzenia w lawkach, nudnych lekcji i wiecznie tlumionej energi... W malym pokoiku na Oginskiego - mojej oazie - dusilam sie dymem pierwszych papierosow i czytalam, czytalam ... wszystko co sie nadarzylo. Uczylam sie pic bardzo mocna i gorzka herbate - bo tylko przy takiej moglam zupelnie sie wczuc w Wertynskiego . Z Klara recytowalysmy rosyjskie wiersze i tanczylysmy , sluchajac Paula Anki z pocztowkowych plyt. Juz po maturze , w czasie naszej popoludniowej promenadzie z Placu Tuwima, przez Kosciuszki doRynku i przez Slowackiego do Pl. Grundwaldzkiego i Aleja Wyzwolenia do Placu Tuwima...razem z Basia L . i Bronia G. spotkalysmy nasza pierwsza nauczycielke - Pania Irene Jaronczyk. Stojac z nami na ulicy podziwiala nasz wyglad i gratulowala zdania matury. Po bardzo dlugiej pogawedce, zostalysmy zaproszone na "prawdziwe, warszawskie golabki" na Pana Jaronczyka urodziny , ktore beda obchodzone za pare dni. I poszlysmy z kwiatami i prezentami - strasznie dumne i ciche. Wkroczylysmy do "swiatyni" o ktorej slyszalysmy tak duzo przez pierwsze cztery lata naszego szkolnego zycia. Wieczor byl wspanialy. Dyskusje gorace. Pan Jaronczyk czytal ze swoich zbiorow stare dowcipy. Pokazywal kolekcje swoich "mlodopolskich" obrazow - wiele pokolen zachowalo Jego wspaniale ilustracje w pamietnichach klasowych. Golabki byly przewspaniale i ogromne. Nawet po malym kieliszeczku wina dostalysmy, zeby wlasciwie wzniesc toast na zdrowie . Od tego czasu spotykalam sie z Bronia i Basia i szlysmy raz na rok do Panstwa Jaronczykow na golabki , az do czasu mojego wyjazdu z Polski. Pani Jaronczykowa byla moja pierwsza nauczycielka. Nie pozwalala sie nazywac inaczej jak "Pani Jaronczyk" a w czasie Jej nieobecnosci nazywana byla "Nasza Pania" Chyba kazdy, co przeszedl przez jej klase jest mistrzem w poprawnym zachowaniu sie. Uczyla nas nie tylko jak dodawac i odejmowac, czytac i pisac ale tez - jak byc skromnym, jak jesc, jak byc lojalnym kumplem, jak szanowac starszych i byc tolerancyjnym do "innych". Uczyla nas jak malowac, reperowac, szydelkowac, czego unikac i co robic w niebezpiecznej sytuacji. Jak pogoda byla ladna - wedrowalismy z Panstwem Jaronczyk do okolicznych parkow, czasami do Ksiazna... Rozpoznawalismy drzewa i rosliny, i szukalismy sladow przeszlosci na haldach - w odbiciach roslin na kamieniach. Trzy owczarki nizinne zawsze chodzily z nami. Z kazdej wycieczki mielismy zdjecie z " Nasza Pania". Pamietam dzien, kiedy zaloba z powodu smierci Bieruta zostala ogloszona. Na duzej przerwie "jezdzilismy" po posadzce w korytarzu jak po lodzie, kiedy Pani Jaronczyk powiedziala nam, ze dzis musimy byc smutni, bo nasz przywodca "pojechal w futerku a przyjechal w kuferku" To byl pierwszy polityczny dowcip, ktory zapamietalam i zrozumialam. Kiedy powtorzylam go wieczorem Rodzicom -- zasmiewali sie i Mama powiedziala " jeszcze Polska nie zginela". Kiedy zaczelismy piata klase - wszystko sie zmienilo. Stracilismy Pania Jaronczykowa na zawsze. Nowi nauczyciele przychodzili i wychodzili , przekazujac sobie dziennik. Na korytarzu nie miala czasu z nami rozmawiac i szybko, jako "starsi" przestalismy oficjalnie szanowac mlodsze klasy. Mysle, ze przez te wszystkie nastepne lata bylam na Moja Pania poprostu obrazona. Ale przekupila mnie tymi golabkami wiele lat pozniej. Zostanie w moim sercu na zawsze jak swieza tecza po deszczu - kolorowa i bardzo wyrazna. Po wyjezdzie z Polski stracilam kontakt z moimi latami dziecinstwa i mlodosci ... Dzieki odnalezionym rowiesnikom, duzo faktow z przeszlosci wraca. Nie wszystkie przyjemne , ale to o Mojej Pani jest jednym z najpiekniejszych.
ULICA OGINSKIEGO ~~~~~~~~~~~~~~~~~ W 1955 roku moi Rodzice nie pracowali juz w drukarni. Pamietam ich ogromna radosc przy koncu pazdziernika , kiedy to Mama wpadla do pokoju z papierkiem w reku i szczesliwie nerwowa powiedziala , ze dostalismy przydzial i od teraz mamy prawdziwy adres. - Idziemy zobaczc! Teraz! I pojechalismy trolejbusem z ulicy Stalina do Placu Tuwima i dziwnym, duzym zakretem do gory - na Nowe Miasto. Potem tylko trzy przystanki w dol. W tej mieszaninie muzycznej (Namyslowski, Paderewski, Karlowicz) ulice Oginskiego nie bylo latwo znalezc. A kiedy w koncu znalezlismy, stalismy w zupelnej ciszy przed budynkiem, podobnym do reszty osiedla. Kazano mi powtorzyc i zapamietac na zawsze (!) moj nowy adres: Oginskiego 23, mieszkanie 1. Powtarzalam i powtarzalam... ale tak naprawde to tylko zachwycona bylam kwadratowymi plytkami, ktorymi bylo wylozone wejscie do domu i myslalam o tym , czy kogos tutaj znajde do grania w "klasy". Krotko potem Ojciec dostal wize do Lwowa i pierwszy raz po wielu latach zobaczyl swoich dwoch braci, ktorzy cudem uszli z zyciem z zawieruchy wojennej. W tym samym czasie, moja Mama zaczela kapitalny remont mieszkania na ulicy Oginskiego. Babcia przyjechala z Torunia, zeby pomoc. Wszyscy mowili, ze to zima stulecia. Rury wszedzie pekaly, po wode chodzilo sie daleko do studni, w kierunku Rusinowa. Ojciec pisal wspaniale listy, podtrzymujac nas wszystkich na duchu. Dla mnie to byl niezapomniany okres. Przywitalam nowy - 1956 rok spiac na kuchennym stole. Bylo jak w bajce! Mama sluchala Wolnej Europy i powtarzala " wilgoc nadchodzi". Wkraczalismy w ere Wladyslawa Gomolki. Jjezdzilam na sankach po ulicy Oginskiego. Mialam nowa kolezanke, Ade Cyganska. Ada miala ogromne , niebieskie oczy, dwa bardzo grube i jasne warkocze i dwoch , starszych od niej braci.. Samochody prawie ze nie jezdzily po naszej ulicy, bo byla stroma i oblodzona. W lutym - wszystko bylo wyremontowane, firanki wisialy w oknach, w kaflowych piecach palilismy brykietami a z kuchennego okna mozna bylo widziec ulice Karlowicza i gory poza nia. A na gorach domki, z ktorych okien w nocy przyjaznie migotaly swiatelka. Pierwszy raz dostalam na Gwiazdke dwie ksiazki prawie bez obrazkow - "Bajki" Andersena i " Anie z Zielonego Wzgorza". Dostalam tez nowa, miniaturowa teczke na ksiazki - skonczylam z tornistrem na zawsze. Po zimowych feriach, zaczelam jezdzic sama do szkoly trolejbusami albo tramwajami. Zaczal sie nowy etap w moim zyciu - poczulam sie prawie dorosla.
ZIMOWY USMIECH ~~~~~~~~~~~~~~ Kaflowe piece wlasciwie mozna jeszcze w muzeach znalezc. Nie tylko byly piekne ale tez wymagaly bardzo delikatnego podejscia. Najpierw - czyscilo sie palenisko z popiolu i otwieralo komin. Potem stara gazete sie szybko gniotlo (ach, co za wspanialy moment) i delikatnie wkladalo sie posrodku paleniska. Na gazete, kladlo sie kilka bardzo cieniutkich kawalkow drzewa i podpalalo sie. Potem, jak sie ogien zapalil, szybko dodawalo sie kilka wiekszych kawalkow drzewa i nadzieje, ze maly ogien rozwinie sie w wiekszy. Na samej gorze tego malego ogniska - wreszcie kladlo sie kilka kawalkow najlepszego, lsniacego wegla... potem wiecej i wiecej wegla, az piec sie rozgrzewal i w pokoju robilo sie przytulnie. Wieczory przy piecu na ul.Oginskiego mialy niezapomniany urok. Siedzac przy tym piecu , nieswiadomie zaznajamialam sie z klasyczna literatura, bo Ojciec i Mama na glos czytali ksiazki a ja sluchalam... Balzac, Hugo, Sienkiewicz, Dostojewski., London , Puszkin ,Mickiewicz ... Babcia szydelkowala przy tym piecu. Mielismy kolekcje bardzo ciekawych poduszek na tapczanie, wszystkie zrobione przez Babcie. Moje lalki byly rowniez zupelnie obszydelkowane i kolezanki mi zazdroscily miniaturowych sweterkow, skarpetek, spodniczek... Ten piec mial rowniez malutkie drzwiczki, jakby "piekarnik" -- mozna tam bylo jablka piec albo papcie rozgrzac. Wlasnie w taki uroczy wieczor znajomi - Pani Janeczka z Mezem zlozyli nam wizyte. Byli bardzo cicha i malomowna para. Maz mial pylice. Chodowali kroliki i to wlasciwie byl jedyny temat o ktorym mowili . Mama podala kawe i ciasteczka i wszyscy wygodnie przystawili krzesla w okol pieca , ktory w calej swej wspanialosci chwalil sie rozgrzanymi do czerwonosci drzwiczkami. Pani Janeczka powiedziala wskazujac na te czerwonosc: --" O , popatrzcie, zimowy usmiech! ". Potem wszyscy mowili o krolikach. Kiedy po ponad godzinie otworzylismy oczy, przed nami stali nasi goscie ubrani do wyjscia. Pani Janeczka powiedziala " to my juz sobie pojdziemy, jeszcze krolikom trzeba jesc dac. Dolozylismy do pieca - jeszce sie smieje"... Kochani ludzie -- nie mieli pojecia, ze moi Rodzice nie mogli sobie przez lata tej drzemki wybaczyc. Na Swieta dostalismy krolika . Byl bardzo dobry. ~*~ Piec kaflowy - jak juz pisalam, wymagal bardzo delikatnego podejscia. Trzeba bylo czekac dosc dlugo, az wszystko w nim sie prawie do konca wypalilo i dopiero wtedy zamykalo sie komin. Jeden powod byl mi znany -- trzeba czekac, az sie wypali, bo jak sie za szybko zamknie, to wszyscy moga sie zatruc na smierc , a to znaczy - koniec zycia! Drugi powod , ktory poznalam o wiele pozniej , dotyczyl delikatnosci... Tego dnia kiedy, rozpalalismy z Ojcem w piecu nigdy nie zapomne . Cieniutkie kawaleczki drzewa, gazeta, wieksze kawalki drzewa, najlepszy wegiel i ... "zimowy usmiech" na koniec. Wszystko sie ladnie wypalilo, zamknelismy wiec drzwiczki i komin. I przytlumione, wcale nie glosne "PAK" rozleglo sie po mieszkaniu. Jakos troche ciemniej sie zrobilo. Popatrzylam na Ojca a on tez sie ciemniejszy zrobil. Szczegolnie pod nosem. Popatrzylam w lustro - wygladalam s t r a s z n i e ciemna. Wszystko w kolo nas bylo pokryte warstwa sadzy. Meble, firany, posciel, dywan... Nie moszna tego bylo ukryc przed Mama. Glosy sasiadow dochodzily z korytarza. Razem z Ojcem poszlismy na klatke schodowa sprawdzic, co sie dzieje. W koncu mieszkalismy w spokojnym domu. To byl wlasnie moment, kiedy moje wyksztalcenie o piecach kaflowych siegnelo zenitu! Kazdy kaflowy piec ma okragle kafle na bokach, ktore w razie zapchania sie zdun moze latwo odlaczyc a potem przymurowac spowrotem. W naszym wypadku - piec sie zatkal, okragle kafle wylecialy w powietrze, i tylko troche czarnego pylu rozlecialo sie po mieszkaniu. U sasiadow na pierwszym pietrze wylecialo wiecej sadzy, bo gorne kafle pieca sie uniosly. A na drugim pietrze - to naprawde huklo dobrze ... Na wiosne Mama zdecydowala znow malowac mieszkanie. Nie lubilam tego calego rozgardiaszu. Czulam sie winna. Zaczelam doceniac centralne ogrzewanie. Bezpieczne, czyste, kafli nie trzeba pucowac. Jedyny minus, ze sie nie ma "zimowego usmiechu".
DOWOD MILOSCI ~~~~~~~~~~~~~ Po kilkuletnich namowach moi przyjaciele przekonali mnie, ze powinam wziac udzial w konkursie na najladniejszy ogrodek. Kiedy w koncu wyslalam moja rejestracje - wszystko nagle zaczelo sie nieukladac. Najpierw - postanowilam przekopac moj zniszczony przez psa trawniczek. Kupilam nawozy, nasiona trawy i zrobilam wszystko, co doswiadczony ogrodnik by naprawde docenil. Ale moj skrawek ziemi nie jest ogrodnikiem. Po tygodniu zaczelam patrzec na moj nieistniejacy trawnik przez szklo powiekszajace. Nawet jedna trawka nie chciala sie pokazac! Pogoda w tym roku byla bardzo dziwna.... Na poczatku czerwca wciaz jeszcze chmurno , deszczowo i zimno jak na Pennsylvanie. Wreszcie po 15-tym - wiosna wybuchla i wszystko zaczelo raptownie rosnac. Szczegolnie chwasty i mlecze, ktorych nasiona nawet sie w mojej piwnicy dobrze poczuly. Trawa sie pokazala i jak swiezy, zielony dywanik - upiekszyla markotnosc mojego podworka. Dwa dni przed wyznaczona data - (czerwiec 24) , stalam w moim ogrodzie, upaprana blotem, nasionami, chwastami i niebieska pozywka . Roze pachnialy, zywoplot wspaniale wyrownany, skrzyneczki z kwiatkami wygladaly bardzo imponujaco, egzotyczna roslina chwalila sie ogromnymi bordowymi liscmi a jedyny krzak pomidorowy wspaniale sie prezyl wsrod fioletowych petunii , pokazujac dwa malutkie pomidorki... W ostatniej chwili pobieglam do sklepu i dokupilam roznosci. Na koniec wymalowalam cala sciane mojego garazu, ktora straszyla ogromna bazgrola - przedstawiajaca koguta- inwalide. W wyznaczonym dniu czulam sie , jak szesnastolatka przed klasowka. Nie lubie kompetycji - za duzo nerwow mnie kosztuja. Nie lubie tez przegrywac -- co czyni moja "cicha" kompetycje o wiele trudniejsza. Czulam, jak moje wlosy sie podnosza i zoladek kurczy, kiedy trzy starsze panie w kapeluszach udekorowanych mini ogrodkami wkroczyly w moj bardzo intymny swiat. Nikt nic nie mowil a ja balam sie sline przelknac, bo wydawalo mi sie, ze cale miasto bedzie to slyszalo.... Kiedy to te panie w kapeluszach krytycznie i milczaco ocenialy moj skrawek ziemi za domem - czulam ze z minuty na minute, moja nienawisc do nich rosnie! Chcialam uslyszec chociaz jedno slowo! Chociaz jeden komplement! Chociaz jedno pozytywne klamstwo! Nic ... I wlasnie w tym momencie maly ptaszek przelecial i nie wiem jak to sie stalo ale nasz kot - Kicia , wyskoczyl z ukrycia i w locie zlapal ptaszka , po drodze zadrapujac jedna z pan z ogrodkiem na kapeluszu !!! Noga pani zmienila raptownie kolor na czerwony . Zaczelam szukac bandazy. Kot z ptaszkiem gdzies zniknal. Pani byla przestraszona i obrazona. Nikt sie juz wiecej moim ogrodkiem nieinteresowal. Wiedzialam, ze przegralam.... Kiedy juz wszystko sie uspokoilo, przypomnialam sobie o kocie .... I w tym momencie - Kicia wkroczyl do pokoju, trzymajac w zebach martwa ptaszyne. Duma uczynila go wiekszym. Przespacerowal tam i spowrotem - i polozyl ptaszka przede mna. Popatrzyl na mnie, wydal dziwnie dziki dzwiek. Zwalczylam obrzydzenie. Wreszcie zrozumialam -- Cieplo mi sie kolo serca zrobilo ... ...to dowod milosci !
Czekalam na trolejbus na przystanku gdzie ul Swierczewskiego laczyla sie z ul.22-go Lipca ,zeby pojechac na Stary Zdroj. Byl cieply letni wieczor i w jednym z okien na parterze, pani w zlotych okularach ,opierajaca lokcie na poduszce z falbankami na parapecie okna- zaczela sie do mnie usmiechac. I tak sie nasza przyjazn zaczela. Wkrotce chodzilam z Pania Sieczkanska na gory poza jej domem, gdzie wspaniale maliny i jerzyny dojrzewaly . Pani Sieczkanska udowodnila mi, ze lepiej sprawdzac, co w kazdej malinie zyje, bo "chociaz nie szkodliwe to ale naprawde obrzydliwe"... Rodzice byli zaniepokojeni, kim jest ta dorosla osoba z ktora spedzam kazda wolna chwile. Mama zawsze sie bala moich "dzikich pomyslow". Postanowili wiec pojsc ze mna "na spacer" i poznac Pania Sieczkanska. Zaprowadzilam ich na przystanek trolejbusowy i pokazalam okno z poduszka z falbankami na parapecie. Zawolalam i moja znajoma zaraz sie ukazala w oknie, jak zawsze bardzo starannie ubrana i w zlotych okularach. Zaprosila nas do mieszkania. Pierwszy raz zobaczylam jej pokoik z kuchnia. Rodzice dlugo z Pania Sieczkanska na rozne tematy rozmawiali , ja sie nudzilam i ogladalam ciekawie pare obrazow w zlotych ramach, bardzo bialy obrus z merezka i bukietem kwiatow z ptasich, razaco ufarbowanych pior . Na poleczce nad szafka stalo kilka obitych, kiedys wspanialych filizanek a na podlodze - przyciety po bokach stary dywan. Wszystko pachnialo ziolami. Pieknie pachnialo. Patrzac przez recznie robiana firanke , pierwszy raz widzialam znany przystanek z zupelnie innej strony a ludzie na przystanku byli fascynujacy. " Bo ja to u byle choloty to nie sluzylam. Jak juz to u aptekarza albo nauczyciela.A potem, jak Warszawa upadla to sie Warszawiacy po Polsce rozsypali , no i tak sie tu znalazlam..." Pani Sieczkanska mowila prawdziwym warszawskim dialektem, ktory tylko z radia albo telewizji znalam ! Potem zima nadeszla i okno bylo zamkniete. A potem - wiosna ... Chodzilam do kiosku po gazety i z ciekawoscia wypatrywalam poduszki z falbankami w oknie po drugiej stronie ulicy. Kiedy spotkalam moja znajoma w mleczarni, powiedziala, ze ma teraz "bardzo przystojnego mezczyzne" i ze zyja "na kocia lape", bo on zonaty. Pani Sieczkanska kupila "Pobiede" , a ze nie miala prawa jazdy ani ochoty je robic, zatrudnila szofera. On wlasnie byl tym bardzo przystojnym mezczyzna. " Jestem teraz wlascicielka taxy!" - cieszyla sie jak dziecko. Niedlugo jednak to szczescie potrwalo, i przystojny mezczyzna wrocil do zony a Pani Sieczkanska zatrudnila innego, mniej przystojnego szofera. Zanim to jednak stalo , pewnego dnia zobaczylam wybita szybe w znajomym oknie. Postanowilam zapytac, co sie stalo i z placzu opuchnieta twarz wyjasnila mi tragedie minionego romansu i jego dramatyczne zakonczenie. Dlatego szyba byla zbita. "Nauczylam alfonsa rozumu" , wyjasnila. Kiedy znow zobaczylysmy sie, moja znajoma wyjasnila: " Jestem slawna! W gazecie o mnie pisza! Sasiadka mi powiedziala i zaznaczyla . Mozesz przeczytac. Strasznie glupio sie poczulam, kiedy zrozumialam, ze ta "dorosla osoba" nie umie czytac. Zaczelam czytac i jeszce bardziej glupio sie poczulam ... Zaznaczony wycinek brzmial mniej wiecej tak: Komenda Milicji Obywatelskiej, Kolegium Miasta Walbrzycha zawiadamia, ze Obywatelka Sieczkanska ukarana zostala grzywna .... zl, za pobicie kochanka i wyrzucenie go przez okno, czym zaklocila cisze nocna. Przerazona popatrzylam na Obywatelke Sieczkansa.Byla obrazem absolutnego szczescia. Wyrwala mi gazete, przytulila do piersi i cicho powtarzala "O mnie! W gazecie! Matko Boska! Slawna jestem!"Moj szok byl o wiele wiekszy niz radosc Pani Sieczkanskiej. Przestalam chodzic na ten przystanek trolejbusowy i zmienilam czas chodzenia po gazety. Wpajane we mnie zasady dobra i zla zmienily sie w duzy znak zapytania ... Dopiero po wielu latach zrozumialam, ze kazdy mierzy szczescie inaczej. November 2003